Odszedł dr Piotr Bętlejewski

Z głębokim żalem zawiadamiamy, że zmarł dr n. med. Piotr Bętlejewski specjalista w zakresie chirurgii ogólnej i kardiochirurgii, wieloletni nauczyciel akademicki.

Absolwent Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Gdańsku z 1990 roku. W latach 1990-1994 zatrudniony na stanowisku asystenta w Klinice Kardiochirurgii i Chirurgii Naczyniowej GUMed. Od roku 1991 zatrudniony w Klinice Kardiochirurgii i Chirurgii Naczyniowej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego. Zastępca ordynatora Kliniki ds. ekonomizacji od roku 2001. 

Utraciliśmy wspaniałego Przyjaciela związanego z Kliniką od lat studenckich.

Odszedł przedwcześnie niezwykle utalentowany kardiochirurg. 26 lat pracy zawodowej w naszej jednostce poświęcił ukochanej chirurgii i  pacjentom.

Współpracownicy
z Kliniki Kardiochirurgii i Chirurgii Naczyniowej


Uroczystości pogrzebowe odbyły się 8 lutego br. na Cmentarzu Komunalnym w Sopocie (ul. Jacka Malczewskiego 31). Mowę pogrzebową wygłosił dr hab. Piotr Siondalski:

Drodzy Państwo,

pragnę powiedzieć kilka słów o Piotrze, zadedykowanych Jemu i jego Rodzinie.

Jestem przyjacielem i kolegą Piotra z Kliniki Kardiochirurgii i Chirurgii Naczyniowej. Znamy się około dwadzieścia sześć lat. Mogłoby wydawać się, że jego postać to mężczyzna stojący na uboczu, mało zaangażowany, uśmiechnięty, w zależności od pory roku -  w białym lub czarnym stroju, zwichrzone długie włosy, okulary, miły i uprzejmy dla wszystkich, czasami nieporadny, nieobecny.

Nic bardziej mylnego. Pasje Piotra realizowały się jakby równolegle, jednoczasowo, każda z nich mogłaby wypełnić inne życie. Jego umysł, wola i pracowitość pozwalały mu realizować się jednocześnie w roli męża i ojca dwóch synów, w roli kardiochirurga oraz koordynatora ekonomicznego Kliniki Kardiochirurgii, w roli niezwykle sprawnego biznesmena, podróżnika na niespotykaną skalę, narciarza, towarzyskiego kompana...

Codziennie na odprawie widziałem, jak czyta uważnie zapisane przez siebie równym i czytelnym pismem punkty. Na Karteczkach nieprzypadkowych, czyli niezadrukowanych stronach niepotrzebnych dokumentów. Codziennie nowa karteczka, a potem konsekwentnie do końca realizacja założonych dziennych zadań.

Żył z pasją. Już w  czasie studiów podróżował autostopem po całej Europie, jeździł do Chin oraz zarabiał pracując na wakacjach w Wielkiej Brytanii, jeździł na nartach, poznawał ludzi. Inwestował na giełdzie. Stale czytał książki. Słuchał muzykę i kolekcjonował płyty.

Od 1994 roku, bezpośrednio po ukończeniu studiów, pracował w Klinice Kardiochirurgii. i Chirurgii Naczyniowej Wyjeżdżał na staże do Holandii, zdał egzamin specjalizacyjny z kardiochirurgii, uzyskał stopień doktora medycyny po napisaniu pracy doktorskiej w ciągu niespełna trzech tygodni, Jednak  zapytany o to, czy chciałby zaangażować się w naukowych pracach badawczych odpowiadał, że chyba nie, woli liczby i przewidywalne wyniki oraz pewne osiąganie wcześniej wytyczonych celów. Bardzo poważnie zajął się regulacjami ekonomicznymi w  Klinice.

Potrafił skoordynować i zrealizować to wszystko, ponieważ nie tracił w ciągu dnia ani chwilki czasu. Po zakończeniu zabiegu operacyjnego, w dyżurce lekarskiej otwierał swoje pliki i wklepywał wszystkie wykonywane tego dnia zabiegi do swoich baz danych, kontrolował poprawność wypisów pacjentów, rozliczał skomplikowane procedury medyczne i jednocześnie inwestował na giełdzie, rozpoznawał sposoby przemieszczania się po bezdrożach afrykańskich, rozmawiał na blogach z  podróżnikami. Zwykle miał otwartych kilkanaście stron internetowych. I nigdy nie zaniedbał rozpoczętych przez siebie działań. Planowanie podróży, ciągłe poszukiwanie nowych obszarów świata, które jeszcze warto zobaczyć… Uczestniczący w tych wyprawach jego przyjaciele, czuli się z nim po prostu bezpieczni.
















Czy ktoś z nas widział czas?

Piotr żył pięćdziesiąt pięć lat. Ale prawdą jest, że to, co zobaczył, ilu ludzi poznał, co osiągnął własną pracą – to wszystko mogłoby wypełnić życie o wiele dłuższe, życie kilku ludzi.

Przez ostatnie półtora roku poznaliśmy Piotra jakby od nowa. Pierwsze objawy choroby były dla niego bardzo niepokojące, nie do zaakceptowania – polegały na tym, że ciągle czuł się zmęczony, nie mógł znieść, że nie potrafi zrealizować zaplanowanych przez siebie zadań.

Wielu z nas nie zdawało sobie sprawy, z kim mieliśmy dotąd  do czynienia. A on w sposób zaplanowany, spokojny realizował dalsze swoje życie w obliczu rozległej i nieuleczalnej choroby. Pracował w Klinice - na ile pozwalały mu siły - ostatnie maile z rozliczeniami naszej pracy otrzymaliśmy na dwa tygodnie przed jego śmiercią, gdy już stale przebywał w  szpitalu.

Poza tym w czasie choroby Piotr konsekwentnie poddawał się kolejnym etapom leczenia siebie. Mówił, że jest kilka opcji terapii i spokojnie omawiał możliwe scenariusze.

Gdy już chorował wciąż, marzył o podróżowaniu, planował wyjazdy i pół roku temu zrealizował z nami, swoimi przyjaciółmi, wymarzoną wycieczkę na Śląsk.

Kilka lat wcześniej, kiedy jeszcze żadne widmo ciężkich chorób nie wisiało nad nami,  w trakcie spotkania towarzyskiego, na którym również był Piotr, rozmowa zeszła na opis wad mężczyzn. Przysiadłem się do żony Piotra, która dotąd tylko słuchała, i zapytałem, a co ona powie o swoim Betleju.

Poważnie i spokojnie odpowiedziała: Piotr to najlepszy mężczyzna na świecie.

Żegnamy Cię Betlej.

Jest nam, mi osobiście, jest  ogromnie żal, odczuwam stratę. Brakuje Ciebie, Człowieka, Podróżnika w kapeluszu Indiana Jones lub czarnej chuście na głowie, który czcił wartość codziennej , mrówczej pracy, dla którego praca była pasją, i który zawsze postępował uczciwie, także wówczas, gdy nikt tego nie widział.

Trzymaj się Piotr i śpij spokojnie, nie zostawiłeś po sobie niedokończonych spraw…

Piotr Siondalski